Średniowieczny koń

Prawdziwe złoto nie brzęczy i nie świeci. Ono połyskuje w słońcu i rży w ciemności.

Koń w średniowieczu.

Gdyby spytać na ulicy przechodnia, które spośród zwierząt roni łzy nad zabitym, każdy chyba wskazałby na krokodyla. Gdyby zaś spytać kilkaset lat temu, w średniowieczu, wskazanoby na ... konia. Jako jedyne stworzenie miał bowiem płakać i odczuwać żal po stracie pana, tak, jak i jeździec po nim. Nawet w polskiej piosence konik nogą grzebał mogiłę dla swego pana. W starożytności mówiono, że właśnie dzięki tej psychicznej więzi możliwe było powstanie centaura. Choć skądinąd już nawet wtedy Lukrecjusz zwracał uwagę, że stworzenie takie istnieć nie może ze względu na inną długość życia człowieka i konia, a przecież jak pół centaura miałoby przeżyć bez drugiej połówki. Z tym tłumaczeniem dyskutować chyba nie sposób.

Także pod innymi względami koń pozostawał zwierzęciem niezwykłym. Po jego zachowaniu przewidzieć można było ponoć przebieg bitwy. Był smutny w obliczu nadchodzącej zguby, zaś radość i wigor miały zwiastować wiktorię. Koń miał być też niezwykle wierny swemu panu i nikomu poza nim nie pozwalał się dosiąść, zaś w bitwie pomagał mu kopaniem i gryzieniem przeciwników. Angielski bestiariusz z XII wieku powiada, że ogier dożyć mógł nawet siedemdziesięciu lat, nieco krótsze zaś życie dane było klaczom. Jego przydatność w hodowli oceniano natomiast na podstawie tego, jak głęboko zanurzał chrapy w wodzie, gdy pił. Podobno im głębiej, tym lepiej. Cała zaś męskość ogiera, tak jak biblijnego Samsona we włosach, zawierała się w końskiej grzywie, a gdy ją obcinano - znikała. W niej też znajdowała się cała duma klaczy. Taka wiedza była konieczna do wyhodowania muła. Dumna klacz bowiem do osła nawet nie podeszła, po obcięciu grzywy natomiast traciła całą swą godność i stawała się potulna jak baranek. W okolicach Lizbony lub, jak inne źródła donoszą, w Kapadocji można było też spotkać klacze zapładniane przez zachodni wiatr. Ich źrebięta były nieporównywalnie szybkie, lecz żyły krótko, jedynie trzy lata. Ten sam bestiariusz opowiada, że każdy źrebak na czole miał mieć „czar miłosny" w postaci ciemnego kawałka skóry, podobnego suszonej fidze. Bartholomaeus Anglicus zwał go Inconemor lub Amor's Veneficium, angielski bestiariusz podawał nazwę Hippomanes (co ciekawe jego wydawca spotkał się z takim określeniem jeszcze w 1934 r. na farmie w Anglii). Jeśli ów czar zniknął, klacz odmawiała karmienia źrebięcia, człowieka zaś jego zapach doprowadzał do szaleństwa (bo jak wiadomo z bajki, ślepą miłość za rękę zawsze prowadza szaleństwo). Bywało jednak, że Hippomanes'a wiedźmy używały do silnych zaklęć miłosnych, a biada temu, na kogo taki urok padł.

Koń, jak jest, każdy widzi. Nic błędniejszego! Koń koniowi nierówny. Dobry musiał cechować się czterema cnotami: figurą, pięknem, przydatnością i maścią. W pierwszej kategorii mieściła się mocna i silna postura, odpowiednia wysokość, „bok długi i wąski, zad duży i krągły, pierś zaś szeroka", a do tego kopyta suche i mocne z rogiem skośnym. Piękno skupiało się w niedużej głowie, „uszach krótkich a ruchliwych", oczach dużych, nozdrzach szerokich oraz prostej szyi. Całości dopełniała bujna grzywa i ogon. Przydatność polegała na śmiałości ducha, szybkości w kopytach, którą oceniano na podstawie owej ruchliwości uszu oraz na drżeniu nóg. To ostatnie wbrew pozorom stanowiło dowód odwagi, a także łatwości w powodowaniu zwierzęciem nawet w galopie i cwale.

Za najlepsze maści uważano jednolite, zwłaszcza białą i karą, następne w kolejności były gniada, bułana, siwa i kasztanowata. Mniej cenione były maści mieszane, takie jak tarantowata i srokata. Dodatkowo konie z białymi odmianami na nogach miały być słabowite, a te z gwiazdkami na czole ogniste.

Wielkość średniowiecznych koni do dziś jest tematem dyskusji historyków. Początkowo za najbliższe koniom bojowym poczytywano dzisiejsze ciężkie konie pociągowe, takie jak rasy belgijskiej, clydesdale, suffolk punch, shire czy perszeron, osiągające średnio 17 - 18 dłoni (ok. 170-180 cm). Jednak badania końskich zbroi prowadzone w Royal Armoury w Leeds dowiodły, że żadna z nich nie była przystosowana dla zwierzęcia większego niż 16 dłoni. Istotne jest także, że na tej wielkości konia rycerz bez problemu może samodzielnie wskoczyć. Maksymalny ciężar, jaki koń może unieść to ok. 30% jego wagi. Najcięższe zbroje rycerskie ważyły ok. 40 kg, końskie turniejowe do 30 kg. Jeśli do tego dodamy wagę rycerza, nawet tęgiego, całość nie wyniesie więcej niż 160 kg, co oznacza, że koń ważący 550 kg z powodzeniem dawał radę unieść to wszystko na grzbiecie. Wyhodowane w Leeds konie nie przekraczają 16 dłoni i nie są ciężkiej budowy, są za to zwrotne i doskonale spełniają rolę koni bojowych we współczesnych pokazach. Z obecnie hodowanych ras najbliższy koniom bitewnym zdaje się być koń fryzyjski, normandzki cob, koń holsztyński, czy amerykański morgan. Przeciętny średniowieczny wierzchowiec był jednak mniejszy, prawdopodobnie jego wzrost wynosił od 12 do 15 dłoni.    

W tych czasach nie istniało też pojęcie „rasy" konia. Rodowody jako pierwsi zaczeli spisywać mnisi ok. XII wieku, wcześniej jedynie Arabowie przekazywali je w formie ustniej. Powszechnie nadal jednak konie odróżniano głównie po kraju pochodzenia lub pełnionej funkcji. Wiele dokumentów wskazuje na to, że cenione były konie z Hiszpanii, Francji i Skandynawii. Nazwy poszczególnych typów są natomiast często w dokumentach różnie używane, jednak najczęściej można w nich znaleźć następujące rodzaje koni:

Destrier (dextrarii, bellici). Nazywany tak, gdyż był prowadzony zawsze w prawej dłoni pachołka, rycerz zaś dosiadał go dopiero bezpośrednio przed bitwą. Był to silny, wysoki i znakomicie wyszkolony koń bojowy i turniejowy, za którego trzeba było zapłacić niemałe pieniądze.

Palfrey (palefroi, palefridus, palefridi). Niemal równie cenny jak destrier, wierzchowiec rycerzy, wielmożów, dostojników kościelnych, a także kobiet. Często używany podczas ceremoni i polowań. Niższy niż koń bojowy, z długim grzbietem i krótkimi nogami. Pożądanym rodzajem poruszania się był inochód (rodzaj naturalnego chodu polegającego na stawianiu jednocześnie dwóch lewych, potem dwóch prawych nóg, jak u wielbłąda). Konia poruszającego się inochodem nazywano również gradarii. Znakomicie sprawdzał się w podróży i jako wierzchowiec dla mniej doświadczonych jeźdźców.

Rouncey (rounsey, rouncy). Także szybszy i lżejszy od destriera, niekiedy wręcz wymagany w bitwach, np. wezwanie rycerzy angielskich z 1327 r. nakazywało im wzięcie szybkich rouncey'ów, a nie wolniejszych destrierów. Czasem używany był też do polowań lub jako koń zapasowy rycerza, rzadziej juczny. Niekiedy występuje w tekstach pod nazwą courser.

Affer (affrus, stott). Koń pociągowy używany do prac w polu i przewożenia towarów. Nieduży i masywny, zwykle zaprzęgany w parę, trójkę lub czwórkę. Czasem wykorzystywany jako wierzchowiec pachołka lub zwierzę juczne. Dla koni o podobnych cechach używano też nazw roncin (runcini) oraz summarii (sommier, sumpter).

Hackney. Nieduży koń wierzchowy, czasem także juczny.

Poza końmi często używano też osłów i mułów, zarówno do transportu, jak i do jazdy wierzchem.

Każdy szanujący się rycerz posiadać powinien przynajmniej trzy konie - bojowego, jucznego i do podróży wierzchem. Ten ostatni w XIII wieku w Londynie kosztował równowartość półrocznej pracy rzemieślnika, zaś jego dzienne utrzymanie było równe sześciu dniom pracy rzeczonego. Koszt był to zatem niemały, wiadomo - chce się być rycerzem, trzeba płacić. Koń taki mógł przebyć dziennie do pięćdziesięciu kilometrów, a wyjątkowo nawet do stu (tyle według źródeł miały przechodzić dziennie konie w wojnie o szkocką niepodległość).

Badania archeologiczne z Londynu wskazują, że końskiego mięsa raczej nie jadano, wyjątkowo w czas głodu. Zwykle ściągano jednak końską skórę. Niekiedy koniną karmiono psy, najczęściej jednak konia chowano w miejscu, w którym padł lub poza murami miejskimi. Może działo się tak dlatego, że konina uważana była za mięso niesmaczne, a może po prostu dlatego, że długoletni towarzysz broni, czy też pługa, był zbyt szanowany, by go zjeść, a wszędzie znane były przecież opowieści o sławnych rycerzach i ich wiernych rumakach. Królu Arturze i klaczy Llamrei, Gawainie i ogierze Ceincaled, El Cydzie i Babiece, czy Rolandzie i Brigliadoro. Jak w tytułowym cygańskim przysłowiu, w średniowieczu koń był prawdziwie na wagę złota. A potem był nawet i jeden, co dawał królestwo za konia.

Małgorzata Stojak

 

Zgłoś swój pomysł na artykuł

Więcej w tym dziale Zobacz wszystkie