Nazar - koń ,który zmienił całe moje życie

Moja kariera jeździecka zaczęła się od 4 roku życia i już od małego miałam własnego konia. Był to folblut Tasman. Przywiązałam się bardzo do niego i bardzo pokochałam. Był moim ukochanym i mimo "wrednego" ( przepraszam za nie fachowe określenie) charakteru doskonale się rozumieliśmy. Jednak sprawy finansowe nie pozwoliły na jego dalsze trzymanie.

 Straciłam Tasmana i wtedy w wieku 9 lat przyrzekłam sobie, że już więcej nie przywiąże się, nie pokocham żadnego konia. Bynajmniej nie tak mocno. Po 3 latach postanowiłam zmienić stajnie. Pojechałam do pewnej wioski, gdzie właśnie rozkręcało się pewne Gospodarstwo Agroturystyczne. Zaczęłam tak jeździć. Najpierw moją uwagę zwracały konie podobne budową do Tasmana. Szukałam konia podobnego charakterem, maścią. Generalnie szukałam sobowtóra. Po pół rocznym pobycie w tej stajni zdałam sobie sprawę, że jest jeden koń. Wałach -Nazar.

Według wielu ludzi nieobliczalny o złośliwym charakterze. Postanowiłam go bliżej poznać. Na początku naszej znajomości był nieufny i złośliwy. Podgryzał, czasami próbował kopnąć. Generalnie miałam od samego początku wrażenie, że robi wszystko aby mnie do siebie zniechęcić. Nie udało mu się. Nie dałam za wygraną i chciałam być osobą, która o niego zadba, którą on zaakceptuje. Czułam, że to się uda ale wymaga to czasu, cierpliwości. Po kilku miesiącach byliśmy dosyć zgraną parą. Ufałam mu, on ufał Mi. Świetnie chodził pod siodłem. Pokochałam go. Mimo mojej przysięgi, pokochałam tego nieokrzesanego wałacha. Wszystko było dobrze. Rozumieliśmy się. Stworzyliśmy naprawdę zgraną parę.

Jednak zaczęły się obozy. Nazar zaczął być posłuszny, lecz tylko pod niektórymi jeźdźcami, chodził pod siodłem dwa razy dziennie przez co był przemęczony i robił się agresywny. Nie wobec mnie, ale wobec wielu obozowiczów. Kiedy zaczęły się obozy wsiadła na niego moja koleżanka Agata, Nazar zaczął stawać dęba i spadła. Ten dzień zadecydował o jego losie. Nazar miał zostać sprzedany. W środku byłam podłamana, tyle wspaniałych chwil, tyle trudnych momentów. To wszystko co złe pokonaliśmy. Wszystkie przeszkody na swojej drodze.

Po dwóch miesiącach przyjechał kupiec. Kobieta z mężczyzną. Wsiedli na niego, a  ja bezradna stałam przy płocie ujeżdżalni i płakałam. Błagam, żeby Nazar coś zrobił. Żeby brykał, stawał dęba, żeby poniósł. Wszystko zrobił, żeby nikt go nie chciał. Jednak on zachowywał się cudownie. Tak jak na naszych wspólnych jazdach. Patrzył na mnie i w jego oczach widziałam jakby chciał powiedzieć: "Patrz na Mnie! Patrz jaki jestem grzeczny". Byłam pewna, że go wezmą. Jednak coś im się nie spodobało. Nie wiedziałam co, ale nie interesowało mnie to za bardzo. Najbardziej cieszyłam się z tego, że tak szybko go nie stracę.

Czas szybko mijał a mi przyszło wziąć pod opiekę młodą klacz o imieniu Bona. Przez nią zaniedbałam Nazara. Przestałam na nim jeździć i całą swoją uwagę skupiałam się na treningu z klaczą. Nie odwiedzałam wałaszka tak często jak wcześniej. Chciałam w pewien sposób mniej cierpieć przy jego stracie. Ale jedno wiem, pod koniec nasze relacje już nie były takie same. Nazar był "obrażony". Jakby w dwa tygodnie znienawidził moje towarzystwo. Kiedy chciałam wejść do boksu, nastawiał się zadem do drzwiczek. Kiedy chciałam go pogłaskać, dać buzi w chrapy, gwałtownie się odwracał. Jak to możliwe? Przecież wszystko szło idealnie.

We wtorek 6 stycznia 2009 roku, jadąc autobusem dostałam telefon, że Nazar został sprzedany, że nie ma go już w stajni. Nie  zdołałam nic powiedzieć. Zalałam się łzami i miałam ochotę uciec. Chciałam złapać Nazara w drodze, kiedy wyjeżdżał ze stajni, przeprosić za wszystko, pocałować w chrapy, uciec z nim gdzieś daleko, żeby nikt nas nie znalazł. Kochałam Go niesłychanie mocno i nie zdawałam sobie z tego  wcześniej sprawy.

Stajnię odwiedziłam dopiero po miesiącu. Wiedziałam, że go już tam nie ma, ale chciałam zobaczyć te pastwiska po których galopował. Zobaczyć jego boks. Kiedy weszłam do stajni, było strasznie cicho. Nie słyszałam juz tupania kopytem w drzwi  boksu. Zaczęłam iść w kierunku jego boksu. Nagle coś ukłuło Mnie w serce. Spojrzałam... nie było go tam. Była jedynie pustka i tabliczka z jego imieniem. Uciekłam z stamtąd zalana łzami. Żałowałam każdej chwili bez niego spędzonej. Żałuje, że nie siedziałam z nim, że nie słuchałam jak je, tylko zamartwiałam się Boną. Żałuje, że go tak odepchnęłam na drugi plan. Że mimo iż w sercu był najważniejszy, robiłam zupełnie odwrotnie i pod koniec oddaliliśmy się od siebie. Teraz kiedy nie ma go już 5 miesięcy z każdym dniem odczuwam jego stratę jeszcze bardziej. Na widok jego zdjęcia płacze.

Straciłam najważniejsze stworzenie w swoim życiu. A to jest chyba najgorsze, co może przytrafić się człowiekowi. Stracić przyjaciela, najbliższą Ci osobę. Zdaje sobie sprawę z tego, że powinnam pozwolić mu odejść. Że jednak minął kawal czasu ale nie potrafię. Mam wewnętrzną blokadę. Wiem, że nigdy już nie będę miała do czynienia z takim koniem jak Nazar. Był i jest jedyny w swoim rodzaju.

Zawsze go będę kochać.

Olga Święcicka

 

Zgłoś swój pomysł na artykuł

Więcej w tym dziale Zobacz wszystkie