Heroina - uzależniający koń

Wspomnienia. Hmm... Wspomnienia dotyczące tego ulubionego konia… Tak naprawdę – nie wiem, czy ktoś poza mną darzył ją tak wielką sympatią. Duża, ciężka i piękna. Jednakowoż o niezbyt wielkim rozumku. Ale to tylko dodawało jej uroku. Nosiła wdzięczne (bądź niewdzięczne) imię – Heroina. I taka właśnie była… Uzależniająca.

Nie pamiętam dokładnie jej daty urodzenia. Ale było to około roku 1997. Urodziła się tu, w Nowej Dębie. Klacz małopolska, maści kasztanowatej, z piękną rudozłotą grzywą i ogonem. Dość duża łysina na pysku i odmiany na nadpęciach na wszystkich 4 kończynach. Spora pod względem wagi. Długie, masywne nogi sprawiały, że jej każdy chód był nieco wolny i ciężki. Miało to swoje plusy, bo przynajmniej można było posłuchać prawdziwego dudnienia kopyt. W hierarchii naszego małego stajennego stadka była gdzieś na końcu. Każdy koń ją przeganiał… I w sumie to też sprawiało, że chciało się ją głaskać i tulić. Ale ona nie dawała za wygraną. Mimo wszystko starała się być z przodu.

Tak jak wspominałam na początku, nie była zbyt inteligentnym koniem i robiła czasem dziwne rzeczy. Zawsze śmialiśmy się, że ma problemy z błędnikiem i nie umie dobrze obliczać odległości czy wielkości przeszkód. Kiedyś, biegnąc na pastwisko, zahaczyła biodrem o róg szopy, co zakończyło się kilkudniowym kuleniem. A każdy inny koń, wbiegając przez tę samą bramę, umiał ominąć ten nieszczęśliwy róg. Ogólnie była koniem bardzo pechowym. Często miała wypadki, ale na szczęście niegroźne. Ale kochałam ją też i za to.

Jednak nie od razu się z nią zaprzyjaźniłam. Bardzo zbliżyły mnie do niej te wszystkie urazy, bo lubiłam się wtedy nią zajmować. Czyścić, czesać, opatrywać rany. I z radością patrzeć, jak wraca do zdrowia. Zajeżdżanie jej pod siodło też było miłe. W czasie pewnych wakacji co drugi dzień pani instruktor brała ją pod siodło, a ja brałam jej rówieśnika, tyle że troszkę mniejszego. Piękne czasy…

Kiedyś bardzo mnie zaskoczyła, czym zdobyła moje serce na zawsze… Miałam gorszy dzień. Byłam smutna i właściwie chciało mi się płakać. Hera, widząc mnie siedzącą w stajni z podkulonymi nogami, ciągle parskała, chcąc zwrócić na siebie uwagę. W końcu podeszłam do niej, a ona złapała mnie zębami za bluzę i pociągnęła do siebie… Wierzcie lub nie, ale położyła mi głowę na ramieniu. Wtedy, chyba ze wzruszenia, rozpłakałam się, objęłam jej szyję i się przytuliłam… Nie pozwoliła mi odejść, dopóki się nie uspokoiłam. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłam.

Bardzo miło wspominam jazdy na niej – skoki czy wyjazdy w teren. Niestety, okazało się, że ma ochwat. I jedyne, do czego się mogła nadawać, to hipoterapia… Bardzo mnie to zasmuciło, bo w takiej sytuacji trzeba było ją podkuć i sprzedać… A mnie pozostała jedynie tęsknota… Nigdy już jej nie spotkałam. Ani konia, który by był do niej choć trochę podobny…

Miałaby około 10 lat. Celowo napisałam w czasie przeszłym, bo z tego, czego się dowiedziałam całkiem niedawno, wynika, że jej nowi właściciele oddali ją do… rzeźni…

Justyna Furmańska

 

Zgłoś swój pomysł na artykuł

Więcej w tym dziale Zobacz wszystkie