Tylko koni żal - Stadnina w Stubnie

Jest 1992 rok. Wielkie Derby Czechosłowacji wygrywa Barbakan – ogier ze stadniny koni w Stubnie. Rok później wybucha olbrzymia sensacja w całym jeździeckim światku w Polsce – Wielkie Derby na warszawskim Służewcu, najważniejszą gonitwę koni trzyletnich w Polsce, wygrywa w cuglach ogier Durand – także ze stadniny w Stubnie. Potem w jego ślady poszły kolejne wychowane w podprzemyskiej miejscowości konie: Dziwny Fant, Limak czy Mustafa.

 Stadnina koni w Stubnie została założona w 1950 r., z myślą prowadzenia hodowli koni półkrwi angielskiej, wywodzących się z austro – węgierskich rodów Furioso-Przedświt. Stubnieńskie konie można było spotkać w wielu krajach, gdyż ich odbiorcami byli kupcy m.in. z: Egiptu, Indii, Argentyny, Kanady oraz niemal wszystkich krajów europejskich. Zasilały one zagraniczne kluby jeździeckie i wybitne stajnie wyczynowe. W 1986 r. sprowadzono do Stubna pierwsze konie pełnej krwi angielskiej, mające predyspozycje przede wszystkim do biegania po torze. Na sukcesy nie trzeba było długo czekać. Wystarczyło kilka lat pracy miejscowych hodowców, by o koniach ze Stubna usłyszała cała Polska i świat… Nie na długo jednak...

 Sielanka prysła

 Tak naprawdę do dzisiaj nie wiadomo, dlaczego ta słynna stadnina upadła. Większość osób z branży mówi, że do zarządzania nią zabrali się ludzie nie mający o tym zielonego pojęcia. Koni zaczęło ubywać, stajnie podupadały, a zarządzający na odległość niewiele robili. W 2003 r. spółkę postawiono w stan likwidacji, a dwa lata później nad wszystkim pieczę objął syndyk masy upadłościowej. Ogłoszony przetarg na dzierżawę wygrała Rolna Grupa Inwestycyjna z Warszawy, która podpisała umowę na 10 lat.

Pani Irena pracowała w stadninie prawie 30 lat. Pamięta czasy, kiedy w stubnieńskim PGR pracowało 350 pracowników, hodowano 1600 sztuk bydła, była chlewnia zarodowa macior i cztery gospodarstwa podlegające pod stadninę o łącznej powierzchni 2,5 tys. hektarów. – Coraz słabiej zaczęło iść od 1996 roku, kiedy przejęła nas firma zajmująca się hodowlą zarodową w Warszawie. Z czasem zaczęli sprzedawać te tereny. Najpierw Starzawę, potem Nienowice Brzeg i Nakło. Stubno wydzierżawił gość z Warszawy. Takiego zamieszania, jaki narobili z tą stadniną, to świat nie widział. Syndyk chce się tego jak najszybciej pozbyć, więc sprzedaje byle jak i byle komu. W lipcu ubiegłego roku sprzedał cały teren z budynkami człowiekowi z Medyki, który już chce niektóre z nich wynająć, choć nie ma na to jeszcze aktu notarialnego. W Internecie dał już ogłoszenie o sprzedaży. Całość kupił za milion, a sprzedać chce za 980 tysięcy euro, czyli ponad trzy miliony złotych. – mówi.

 Komornik ma eksmitować

 Nowym właścicielem terenu jest Bartłomiej Chachura z Medyki. To on wygrał przetarg na dzierżawę terenów (razem 49 hektarów), ogłoszony przez syndyka w lipcu 2007 r. Przejął byłą stadninę od Rolnej Grupy Inwestycyjnej z Warszawy, która nie stanęła do przetargu. Ale z tego faktu niewiele wynika, bowiem RGI ani myśli wyprowadzić się z tego terenu. – Nie rozumiem tego. Syndyk miał usunąć wady fizyczne i prawne, zalecone przez kolejne kontrole. Nie zrobił tego, więc ogłosił kolejny przetarg i wymówił umowę najmu grupie. Ci jednak nie zamierzają się wyprowadzić stamtąd. Co gorsza, mają ponad 30 koni, które są w opłakanym stanie. W połowie lutego trafiły one pod kuratelę komornika – mówi B. Chachura. – Nie chcę tego sprzedać. To, co mówią ludzie, to bzdury. Chciałbym kontynuować tradycje stubnieńskiej stadniny. Może sprowadzę tutaj inne rasy, ale zdaję sobie sprawę, że to będzie długoletnie przedsięwzięcie – wyjaśnia nowy właściciel.

 Udało się skontaktować z przedstawicielem Rolnej Grupy Inwestycyjnej, który nadzoruje Stubno. – A niby dlaczego mamy się wyprowadzać, skoro nikt z nami oficjalnie umowy dzierżawy nie rozwiązał? Mamy ją do 2013 roku. Owszem, syndyk wezwał komornika, aby ten eksmitował konie, ale komornik rozkłada ręce, bo nie ma możliwości, aby nasze konie sprzedał – tłumaczy, dodając – Cała sprawa zakończy się prawdopodobnie w sądzie.

 Konie padają!

 Gdzieś w tle tych ludzkich kłótni są zwierzęta. Dla mieszkańców Stubna, codziennie obserwujących te niezrozumiałe rozgrywki, ich los jest najważniejszy. – Warto byłoby się zainteresować nimi. W stadzie należącym do Rolnej Grupy Inwestycyjnej źle się dzieje. Konie są niedożywione i zaniedbane. Wyglądają jak szkapy. Wypuszczane są na padok i siedzą tam całymi dniami. Nie mają co jeść, bo gospodarz terenu już w sierpniu zeszłego roku wykosił trawę. Niemal wyrwał ją z darnią. Powycinał wszystkie krzewy, drzewka, a przecież konie muszą mieć zielonkę. Kiedyś szef tej grupy wysyłał pieniądze na weterynarza. Od pewnego czasu przestał. W zeszłym roku padł jeden koń, w tym roku klacz. Tak nie może być – denerwują się mieszkańcy Stubna.

Mocno zabiedzone

 Obecnie na terenie byłej stadniny jest 50 koni. 39 z nich należy do Rolnej Grupy Inwestycyjnej, 11 do miejscowego hodowcy, który dzierżawi jedną ze stajni. Kiedy patrzy się na jedne i drugie, widać olbrzymią różnicę. Większe stado wygląda marnie. Co innego drugie. – Codziennie nasze konie mają dostarczane świeże siano, słomę, paszę, witaminy, warzywa i wodę. Koniki są jak laleczki. Na tamtych sama sierść została. Kiedyś widziałem, jak im przywieźli trochę siana, bo miejscowi ludzie robili ruch i ich nastraszyli. Przywieźli jakieś 30 kostek i od tego czasu nic. A koń jedną kostkę to ma na dzień – wyjaśnia opiekun koni. Ich właściciel Michał Weresiński też codziennie ich dogląda. – Mamy tutaj konie sportowe do skoków. Nie chciałbym komentować sytuacji tamtych koni, ale czasami serce mi się kraje. Są mocno zabiedzone. Teraz, kiedy jest trochę cieplej, jakoś dają sobie radę. Gorzej było w zimie. Widziałem, jak ledwo przechodziły przez padoki. Niektóre pokładały się nawet na śniegu, a wiadomo, że zdrowy koń nigdy nie położy się na śniegu – tłumaczy.

 Takie mają być!

Cytowany już wcześniej przedstawiciel Rolnej Grupy Inwestycyjnej wyjaśnia, że to są insynuacje wyssane z palca. – Mieliśmy już kilka telefonów ze Stowarzyszenia Ochrony Zwierząt, co się tutaj dzieje. Rzeczywiście, w zeszłym roku padła klacz. Miała raka. W tym roku także padła klacz. 8-letnia przy porodzie. Nie dało się jej uratować. My mamy konie pełnej krwi angielskiej. To są wałachy przygotowywane do biegów, więc ich wygląd musi być właśnie taki. Wcale nie są głodzone – zripostował.


Źródło: Życie Podkarpackie
Fot. Łukasz Mendychowski
info ze strony www.equito.pl

Zgłoś swój pomysł na artykuł

Więcej w tym dziale Zobacz wszystkie

Polecane

Ważne: Użytkowanie Witryny oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookie. Szczegółowe informacje w Polityce prywatności.